Agnostyk - Agnostycyzm

Agnostyk - Agnostycyzm

Agnostycyzm to pogląd, według którego nigdy nikomu nie uda się dowieść istnienia Boga, ale nie ma też możliwości dowiedzenia, że Boga nie ma. Agnostycyzm przybiera różne formy. Agnostycyzm religijny to pogląd religijny, który w odróżnieniu od ateizmu nie twierdzi, że Boga nie ma. Twierdzi tylko, że nie wiadomo czy jest i w związku z tym jest to kwestia wiary, a nie poznania.

Agnostycyzm religijny odrzuca wszystkie treści religijne, zawarte w tradycji i księgach uważając, że ich wartość poznawcza jest zbliżona do baśni czy legend. Agnostycyzm poznawczy to pogląd filozoficzny polegający na przyjęciu niemożności pełnego, rozumowego lub empirycznego ustalenia prawdziwości kluczowych faktów z dziedziny teorii bytu, takich jak istnienie materii, Boga, czy nawet realności świata zewnętrznego. Agnostycyzm poznawczy w odróżnieniu od agnostycyzmu religijnego nie musi stać w ostrej sprzeczności z religiami - głosi tylko, że religie to kwestia pozarozumowej wiary.

Czym jest agnostycyzm?

Agnostycyzm to pogląd, który twierdzi, iż nie można poznać, ani udowodnić istnienia Boga. Słowo „agnostyk” znaczy dokładnie „bez wiedzy”. Agnostycyzm jest uczciwszą intelektualnie formą ateizmu. Ateizm twierdzi, że Bóg nie istnieje – pozycja nie do udowodnienia. Agnostycyzm utrzymuje, że istnienie Boga nie może być ani udowodnione ani nieudowodnione – niemożliwym jest poznać czy Bóg istnieje. W tej koncepcji, agnostycyzm jest poprawny. Istnienie Boga nie może być empirycznie udowodnione lub obalone.

Biblia mówi nam, że musimy zaakceptować przez wiarę, że Bóg istnieje. Hebrajczyków 11:6 mówi: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi uwierzyć, że [Bóg] jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają.” Bóg jest duchem (Ew. Jana 4:24), więc nie może być widziany lub dotykany. Jeżeli Bóg nie zdecyduje się objawić samego siebie, jest z natury niewidoczny dla naszych zmysłów (List do Rzymian 1:20). Biblia naucza, że istnienie Boga może być widziane we wszechświecie (Psalm 19:1-4), odczuwane w naturze (List do Rzymian 1:18-22) oraz potwierdzone w naszych sercach (Księga Koheleta 3:11).

Agnostycyzm jest z natury brakiem chęci opowiedzenia się za lub przeciwko istnieniu Boga. To jest jak „balansowanie na linie”. Deiści wierzą, że Bóg istnieje. Ateiści wierzą, że Bóg nie istnieje. Agnostycy wierzą, że nie powinniśmy ani wierzyć, ani nie wierzyć w istnienie Boga – dlatego, że w obu przypadkach poznanie tego jest niemożliwe.

Ze względu na ten spór, wymieńmy kilka jasnych i niezaprzeczalnych dowodów na istnienie Boga. Jeśli umieścimy deizm oraz ateizm/agnostycyzm na równorzędnej pozycji, wiara w który z nich jest bardziej sensowna, jeśli brać pod uwagę możliwość życia po śmierci? Jeśli nie ma Boga, deiści i ateiści/agnostycy tak samo – po śmierci po prostu przestaną istnieć. Jeśli Bóg istnieje, ateiści i agnostycy będą musieli przed Kimś odpowiedzieć po swojej śmierci. Z tej perspektywy, definitywnie sensowniejszym jest bycie deistą niż ateistą/agnostykiem. Jeśli żadna z tych pozycji nie może być udowodniona lub obalona, czy nie wydaje się mądrzejszym poczynić wysiłek by uwierzyć w pogląd, którego rezultat końcowy może być nieskończenie bardziej pożądany?

Jest tak wiele rzeczy na tym świecie, których nie rozumiemy. Często ludzie wątpią w istnienie Boga, ponieważ nie rozumieją lub nie zgadzają się z tym, co On czyni i z rzeczami, na które pozwala. Jednakże, my jako skończone istoty ludzkie nie powinniśmy oczekiwać, że będziemy w stanie zrozumieć nieskończonego Boga. Rzymian 11:33-34 mówi, „O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?” Musimy wierzyć w Boga i ufać Jego drogom przez wiarę. Bóg jest gotowy i chce objawić samego siebie poprzez swoje wspaniałe ścieżki tym, którzy w Niego uwierzą. Księga Powtórzonego Prawa 4:29 podaje „Wtedy będziecie szukali Pana, Boga waszego, i znajdziecie Go, jeżeli będziecie do Niego dążyli z całego serca i z całej duszy.”


Agnostycyzm

Punktem wyjścia modernizmu jest tzw. agnostycyzm, pojmowany w duchu krytycyzmu Kanta oraz pozytywizmu Comte'a i Spencer'a. Zdaniem tych filozofów poznanie ludzkie ogranicza się wyłącznie do zjawisk, do doświadczenia zewnętrznego i wewnętrznego; co zaś kryje się poza tą sferą, jest "niepoznawalne". Nie wiemy i wiedzieć nie będziemy – oto odpowiedź, jaką dają agnostycy na zagadnienia dotyczące Boga, duszy nieśmiertelnej i w ogóle wszystkiego, co nie jest objęte sferą zmysłową. Stąd także nazwa tego kierunku (z greckiego: α-γνωσις), której pierwszy użył przyrodnik angielski Huxley.

Czy koniecznie ze stanowiska nauki trzeba przyjąć agnostycyzm? Przede wszystkim sama nazwa nie brzmi naukowo. Nauka i wiedza stoją obok siebie, a tymczasem agnostycyzm oznacza dosłownie nieznajomość, niewiedzę. Pomijając jednak nazwę, a biorąc rzecz samą, mamy ten agnostycyzm rozumieć jako niewiedzę tego, co przekracza sferę zmysłową czyli niewiedzę odnośnie do rzeczy nadzmysłowych. Lecz i pod tym względem uczynić musimy agnostycyzmowi ciężki zarzut ze stanowiska nauki, że zbyt ścieśnia jej zakres. Trzymając się agnostycyzmu, trzeba by za prawdziwe umiejętności uznać tylko nauki przyrodnicze, a wykluczyć inne, wykluczyć nawet tę, którą nazwano miłością mądrości (filozofię), trzeba by przyjąć, że dziś po wiekach badań i studiów zakres naszych wiadomości naukowych ścieśnił się i zmalał ogromnie w porównaniu z tymi, jakie mieli pogańscy mędrcy Wschodu, Grecji i Rzymu. Ci przecież nie poprzestawali tylko na badaniu zjawisk, ale starali się dotrzeć do istoty wszechbytu, do jego ostatniej i najwyższej przyczyny; w takich badaniach najwyższą upatrywali mądrość, w nich znajdowali najwyższą rozkosz duchową. Według agnostyków tego rodzaju badania należy wykluczyć z dziedziny nauki. I dlaczego? Powiadają, że mimo wiekowych wysiłków, jakie czyniono nad poznaniem istoty i przyczyn wszechświata, nie zdołano dojść do jednolitego zapatrywania – że powstają ciągle coraz to nowe systemy i z sobą i z dawnymi niezgodne.

Najlepiej więc dać pokój takim badaniom zwłaszcza, że nie przedstawiają praktycznego znaczenia. Na to jednak musimy zauważyć, że przytoczona racja agnostyków co najmniej trąci ogromną przesadą. Nie przeczymy, że były i są różnice w zapatrywaniach co do świata nadzmysłowego, ale były i są także u badaczy zjawisk zmysłowych – więc trzeba by i tym badaniom dać pokój. Nie przeczymy, że są różnice między poszczególnymi systemami filozoficznymi, ale te różnice dotyczą więcej rzeczy drugorzędnych, nie zaś zasadniczych, bo np. wszyscy uczeni starają się świat sprowadzić do jakiejś jedności. Nie przeczymy, że nieraz zdarzają się różnice i w rzeczach zasadniczych, ale dadzą się pojąć i wytłumaczyć raz trudnością danych zagadnień, to znowu ważnością ich dla życia. Słuszną ktoś zrobił uwagę, że gdyby prawda 2 + 2 = 4 nakładała takie obowiązki moralne, jakie nakłada prawda istnienia Boga i duszy nieśmiertelnej, to miałaby daleko więcej wrogów. Wobec tego upada także zarzut, jakoby zagadnienia o świecie nadzmysłowym nie miały znaczenia praktycznego; nie dotyczą one wprawdzie potrzeb chwilowych, ale wiążą się ściśle z życiem głębiej pojętym i jego przyszłością.

Powiadają agnostycy, że człowiek wzięty z ziemi i na ziemi żyjący, ku ziemi jedynie wzrok zwracać powinien, a nie ku światu jakiemuś nadzmysłowemu, który pozostaje i pozostać musi zakryty. Na to jednak odpowiedzieć musimy, że człowiek jest nie tylko istotą obdarzoną zmysłami, przez które wchodzi w związek z tym światem widzialnym, ale ma jeszcze rozum, który czuje nieprzezwyciężony pociąg do badania nie samych tylko zjawisk, ale i ich praw i przyczyn, który rwie się do poznania prawd wyższych, nadzmysłowych, idealnych. Ponieważ zaś każdy popęd naturalny posiada swój przedmiot, więc i ten popęd do poznania przyczyn wszechbytu musi mieć możność zaspokojenia czyli osiągnięcia swego celu.

Powiadają w końcu, że Kant w swej "Krytyce czystego rozumu" raz na zawsze udowodnił nieudolność człowieka do poznania rzeczy samych w sobie, do poznania tego, co przekracza sferę zjawisk. Tylko ślepy i zagorzały zwolennik Kanta może uważać jego wywody za ostatni wyraz filozofii i nie widzieć licznych sprzeczności, w jakie popada. Trudno je tu uwzględniać wszystkie: wystarczy zwrócić uwagę na początek i koniec "krytyki czystego rozumu". Kant wychodzi z tego założenia, że zanim się rozumowi zaufa, trzeba go poddać surowej krytyce, czy w ogóle zdolny jest do poznania swego przedmiotu. Na pozór wydawać się może ten pomysł genialnym, świadczącym o duchu krytycznym autora, w rzeczywistości podkopuje on z góry całą wartość wszystkich dalszych wywodów. Bo i jakże przeprowadzić tę krytykę rozumu? Tylko za pomocą tego samego krytykowanego rozumu, a jeżeli on z góry nie zasługuje na zaufanie, to jakże mogą zasługiwać na zaufanie jego wywody?

Jako wynik swej krytyki podaje Kant, że poznanie nasze nie dosięga i dosięgnąć nie może rzeczy samych w sobie, bo wszystkie nasze sądy umiejętne są wynikiem ślepych i koniecznych praw, wszystkie orzeczenia są czczymi formami rozumu, nic rzeczywistego nie wyrażającymi. Jeżeli zaś prawdziwy jest ten wynik i jego uzasadnienie, to trzeba to samo powiedzieć i o sądach i wywodach samego Kanta i nie pozostaje nic innego, jak zwątpić o wszystkim, wszystko rzucić, nawet krytykę Kanta, bo i ona jest płodem zwodniczego rozumu i z założonymi rękami dumać o nicości.

Na szczęście tak źle nie jest. Człowiek jako istota rozumna ma nie tylko możność poznania świata pozazjawiskowego, ale faktycznie znalazł odpowiedź na wiele zagadnień przekraczających sferę zmysłową. Weźmy dla przykładu najważniejszy ze wszystkich problem istnienia Boga. Według Kanta człowiek nie zdoła rozumem swoim poznać i udowodnić istnienia Boga. Kantowi przytakują w tym względzie moderniści. Natomiast według Mędrca Pańskiego "nikczemni ci ludzie wszyscy, w których nie masz znajomości Boga i z tych rzeczy dobrych, które widzą, nie mogli zrozumieć Tego, który jest: ani przypatrując się sprawom obaczyli, kto by był ich sprawcą" (Mądr. 13, 1). Tak samo rozwiązuje ten problem św. Paweł i miliony tych katolików i niekatolików, co przed nim i po nim powtarzali i powtarzają: Jest Bóg, Stwórca i Pan nieba i ziemi, "bo niewidzialne Jego rzeczy przez te, które uczynione są, bywają poznane: wieczna też Jego moc i Bóstwo" (Rzym. 1, 20). Czy takie zapatrywanie można słusznie zaczepiać ze stanowiska nauki? Kto by to czynił, ten wymierza cios przeciw wszelkiej prawdziwej nauce, bo nauka prawdziwa stara się odpowiedzieć nie tylko na pytanie: co jest, ale i dlaczego tak jest, czyli opiera się na zasadzie racji i przyczynowości, a właśnie na tej samej zasadzie opiera się konieczność przyjęcia Boga jako ostatecznej i najwyższej przyczyny wszechrzeczy i wszelkich zjawisk.

Istnieje świat, który sam z siebie nie powstał i nie rozwinął się, więc istnieje Bóg, który go stworzył i urządził. Tak wymaga zasada racji i przyczyny, zastosowana do całości wszechrzeczy, zastosowana i do części. A najpierw rzucając wzrokiem w górne przestworza, musimy z Psalmistą powiedzieć, że niebiosa opowiadają chwałę Bożą. Skoro bowiem rozważać będziemy istnienie, wielkość, ilość, ruchy i to celowe ciał niebieskich, możemy się słusznie pytać, skąd się te ciała wzięły, dlaczego są takiej wielkości i w takiej ilości, chociaż i inne były możebne, dlaczego są w ruchu, kiedy mogły być równie dobrze w spoczynku, skąd pochodzi ten ład między nimi? Skąd i dlaczego? Jedna tylko zadawalająca odpowiedź: Bóg to sprawił, On ostateczna przyczyna tej ograniczonej wielkości, ilości, ruchu i ładu. Rzućmy okiem na ziemię i tutaj ciała nas otaczające swym istnieniem, swym ruchem, swym ładem, swymi ograniczonymi doskonałościami te same wywołują pytania i tej samej domagają się odpowiedzi. W szczególności nasuwa się taka odpowiedź, gdy mamy wytłumaczyć pochodzenie istot żyjących, które same przecież nie mogły powstać z materii martwej – bo to znaczyłoby przyjmować samorództwo przez naukę stanowczo odrzucone; a jeszcze więcej potrzeba interwencji Bożej, gdy mamy wytłumaczyć pochodzenie człowieka, który nie tylko swą wyższością i różnicą, zwłaszcza co do duszy, ale i wewnętrznymi aspiracjami tej duszy idealnymi, moralnymi, estetycznymi, religijnymi głosi, że stworzony został przez Boga i niespokojne jego serce, dopóki nie odpocznie w Bogu.

Jakiekolwiek podnieślibyśmy zarzuty przeciw tym wywodom, pozostaną one bezsilne wobec zasady zdrowego rozsądku a tym samym najbardziej naukowej, że nic nie powstaje i nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko poza Bogiem koniecznie musi mieć przyczynę. Lecz jakże wobec tego wytłumaczyć fakt, że wielu i to uczonych nie chce uznać wartości naukowej dowodów na istnienie Boga. Tłumaczy się to najpierw fałszywym punktem wyjścia. Jeżeli ktoś, jak np. Kant, uzna z góry rozum ludzki za niezdolny do poznania swego przedmiotu, to będąc konsekwentny, musi wszelkimi siłami starać się o obalenie wartości dowodów rozumowych i na istnienie Boga; albo jeżeli ktoś, jak np. pozytywista, z góry przyjmie za pewnik, że nazwę wiedzy dać można tylko naukom doświadczalnym, przyrodniczym, to na pytania dotyczące Boga, czystego ducha odwiecznego, odpowiadać musi: nie wiem i wiedzieć nie będę. Drugi powód jest natury więcej moralnej. Prawda istnienia Boga jest zbyt wielkiego znaczenia dla życia, żeby namiętności nie szukały drogi wyjścia, nie usiłowały upozorować swych zachcianek. Wyraz ateizm jest zanadto rażący, więc wprowadzono "agnostycyzm", który w swej konsekwencji równa się tamtemu, bo każdy, cokolwiek myślący, dopowie sobie: gdyby Bóg naprawdę istniał, to także można by Go poznać.

W pierwszych zaraz wiekach chrześcijaństwa zjawił się tzw. gnostycyzm, który pragnął przeciwstawić wierze naukowe poznanie (γνωσις) i w ogóle rozumieć o prawdach wiary więcej niż potrzeba rozumieć, dziś panuje agnostycyzm, który nawet dowodom na istnienie Boga nie chce przyznać wartości naukowej. Prawda jak zwykle w pośrodku. Nie może rozum skończony rościć sobie prawa do zupełnego i doskonałego poznania Istoty nieskończonej, ale też nie może zrzec się wszelkiego poznania Boga. Na próżno usiłują agnostycy świat poznania ludzkiego ścieśnić tylko do rzeczy zmysłowych, na próżno na krańcach tego świata umieszczają tablice wzbraniające dalszego wstępu; zdrowy rozum i zdrowa filozofia nie będą zważać na te zakazy policyjne, ale pójdą dalej, aż dojdą do ostatecznej przyczyny wszelkiego bytu, do Tego, który sam z siebie i przez się istniejąc, jest wszystkiego i Stworzycielem i celem ostatecznym.


Nawróceni na katolicyzm

Edyta Stein

Edyta Stein – Teresa Benedykta od Krzyża przyszła na świat 12 października 1891 roku we Wrocławiu. Była siódmym, najmłodszym dzieckiem pobożnych Żydów - Augusty i Zygryda Steinów. W 1911 roku rozpoczęła studia na wydziale historycznym i germanistyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Właśnie w tym okresie życia oddaliła się od wiary swych przodków, ale poszukiwanie prawdy nie przestawało ją fascynować. Cztery lata po rozpoczęciu studiów filozoficznych obroniła doktorat z filozofii we Fryburgu... Bieg jej życia zmienił się pewnej nocy 1921 roku, gdy będąc w gościnie u przyjaciół przeczytała „Księgę życia” św. Teresy z Avili. „To jest prawda” – powiedziała, zamykając książkę. Kilka miesięcy później, 1 stycznia 1922 roku przyjęła chrzest w Kościele katolickim. Dla jej pobożnej matki chrzest ukochanej córki był prawdziwym szokiem – Edyta powiedziała jej o tym na klęczkach. Po raz pierwszy kobieta, której nie złamały liczne przeciwności życiowe, płakała. Nie potrafiła zaakceptować drogi, którą poszła jej córka. Ona z kolei wiedziała, że przepaść, która dzieli ją z matką jest pozorna i że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnicy danej przez Boga Abrahamowi. Edyta porzuciła swoją karierę naukową i wstąpiła do Zakonu Karmelitanek w wieku 42 lat... Zginęła w Auschwitz w 1942 roku...

Adolf Retté

Adolf Retté otworzył duszę i ukazał publicznie swe nawrócenie w dzienniku wydanym w 1907 roku, zatytułowanym dramatycznie: “Od diabła do Boga” (Du diable a Dieu). Retté był dziennikarzem, pisarzem i subtelnym poetą, dobrze znanym we Francji w pierwszej dekadzie XX w. Pisał o sobie: “Wychowany bez wiary, wyrosły w podzielonej rodzinie, stałem się – zaledwie osiągnąwszy pełnoletność – przekonanym ateistą, walczącym materialistą. Przyłączyłem się do wrogów religii i brałem udział we wszystkich ich odrażających działaniach. Ukończywszy osiemnaście lat wkroczyłem w okres rozwiązłości i szaleństw, które dzisiaj przejmują mnie zgrozą i które całym sercem odrzucam”. Opisuje, jak przemierzał Francję wzdłuż i wszerz, siejąc nienawiść do wiary katolickiej i obrzucając bluźnierstwami Chrystusa, którego z pogardą zwał “Galilejczykiem”. Ale pewnego dnia poczuł jakąś wątpliwość, i to podczas jednego z wielu zgromadzeń antyreligijnych, które zwołał w Fontainebleau, w salce znajdującej się w głębi podwórka przylegającego do popularnej w mieście kawiarni. Oznajmiwszy słuchaczom, że nadeszła godzina wyzwolenia od starych przesądów i wyszydziwszy samą ideę Boga, Retté podsycił uwagę audytorium obiecując, w imię rozumu i nauki, iż nareszcie zajaśniała era absolutnej szczęśliwości pod sztandarem całkowitej wolności i doskonałej równości oraz niewzruszonego braterstwa. Jednak gdy konferencja, przy ogólnym aplauzie, dobiegła końca, zbliżył się do niego jakiś mężczyzna (był ogrodnikiem) w towarzystwie trzech swoich przyjaciół i poprosił go o pogłębienie dyskusji w prywatnej rozmowie. Z rozbrajającą szczerością ogrodnik rzekł do Rettégo w cztery oczy: “Widzicie, obywatelu, my dobrze wiemy, że Boga nie ma, to rozumie się samo przez się. Ale, choć świata nikt nie stworzył, chcielibyśmy jednak wiedzieć, w jaki sposób wszystko się zaczęło. O tym nauka musi (podkreślam musi!) wiedzieć, a wy wytłumaczcie nam, co ona wie na ten temat”.

A. Retté zanotował w swoim dzienniku: “Ten jakby rozkaz zbił mnie z pantałyku. Co mam odrzec? Ci czterej mężczyźni stali naprzeciw mnie, nastawiając uszu i otwierając z nadzieją oczy w oczekiwaniu, że rozjaśnię im dogmaty naukowego Credo. Uważne, zwrócone ku mnie twarze wprawiały mnie w zakłopotanie: owładnęły mną głębokie skrupuły. Czy mam im powiedzieć, że uczciwi uczeni nie chcą rozpatrywać problemu początku świata? Czy mam im rzec, że jedni ograniczają się do formułowania niejasnych hipotez, zaś szarlatani materializmu wypuszczają na świat, niczym pociski, twierdzenia kategoryczne, lecz niezbyt solidne i niezbyt przekonujące? Z drugiej strony pytanie o początek wszystkiego stanowiło ciemny punkt na horyzoncie mojej pychy i wielekroć, kiedy pojawiało się w moim umyśle, uciekałem od stawienia mu czoła. Milczałem przez parę chwil, a potem rzekłem: „Nauka nie może wytłumaczyć, w jaki sposób powstał świat!”.”

Retté dostrzegł cień rozczarowania na twarzach owych czterech mężczyzn. Spróbował wówczas pogmatwać im w głowach za pomocą jakichś niezrozumiałych twierdzeń Lamarcka i Darwina, ale w końcu rozstali się gorzko sobą rozczarowani. Zaś Adolf Retté został sam z postanowieniem uporządkowania fundamentów swoich materialistycznych teorii. Była to jego pierwsza porażka na froncie ateizmu. Mijały miesiące, podczas których chwile szczerych refleksji mieszały się w życiu pisarza z przypływami niemoralnej egzystencji dzielonej z kobietą, która go uwiodła i z którą prowadził całkowicie rozpustne życie. Tak o tym sam pisze: “Chodziłem na długie spacery po lasach wokół Fontainebleau i szukałem spokoju, którego nie mogłem znaleźć. Choćbym spacerował jak najdłużej, i tak w końcu musiałem wrócić do domu. A tam odnajdywałem “kobietę o czarnych oczach” i rozpoczynałem znowu smutne życie, pełne zmysłowości i kłótni. Kiedy próbowałem uciec, hańbiłem się z kobietami jeszcze mniej przykładnymi – jeśli to możliwe – niż moja przyjaciółka.”

Nareszcie jednak nadszedł ten dzień! Pamiętam go, jakby to było dzisiaj: był to jeden z pierwszych dni czerwca 1905 roku. Przez tydzień prowadziłem życie w najwyższym stopniu nieuporządkowane, ale tamtego ranka wybrałem się do lasu zirytowany i pełen głębokiego wstrętu do siebie. Wziąłem ze sobą “Boską komedię” i odczytywałem, może po raz dziesiąty, pierwsze pieśni “Czyśćca”.” Czytając wersety Dantego Alighieri, tak mocno przesycone wiarą i rozjaśnione chrześcijańską nadzieją, Retté poczuł nagle wątpliwość: “Czy nie może się zdarzyć, że rację ma ta tak przeze mnie wyśmiewana religia katolicka twierdząc, iż grzesznik, który żałuje i radośnie przyjmuje pokutę za swe grzechy, staje się dzięki temu godny nieba? Jeśli w tej poezji Dantego, oprócz wspaniałej fantasmagorii, jest coś jeszcze, to ja mógłbym obmyć się z moich obrzydliwych występków i zostać zbawionym! Lecz czy to prawda, że Bóg istnieje?”. Zaledwie w ciszy ducha wykwitło to pytanie, Retté rozpoczyna dialog z jakimś głosem, który słyszy w sobie i który mówi mu: “Daj spokój, biedny marzycielu, nie dasz się chyba omotać tymi bzdurami? To wszystko jest tylko literacką fikcją. Dobrze wiesz, że katolicyzm to w gruncie rzeczy stara bajda i byłbyś głupi, gdybyś przestał wyśmiewać się z niego”. Pisarz jest zdumiony, ale w duchu odpowiada: “Niewątpliwie, niewątpliwie! Ale jednak przed chwilą doświadczyłem czegoś niezwykłego...”. I podnosi tom “Boskiej Komedii”, który wysunął mu się z dłoni, i powtarza raz po raz: “A jeśli istnieje? A jeśli Bóg istnieje?”. Po powrocie do domu Adolf Retté jest tak pogrążony w myślach, że wprawia tym w zdumienie kobietę, z którą wówczas dzielił życie. Przychodzi popołudnie, a z nim kolejny fragment owego pamiętnego dnia walki światła z ciemnością. Pisarza odwiedza przyjaciel, literat, z którym Retté często się spotykał. I oto ów człowiek zwierza mu się z udręki religijnej, jakiej doświadczał w duszy razem z pokusą (tak to nazwał!) powrotu do Kościoła katolickiego.

Adolf Retté powinien był ucieszyć się z tej zbieżności doświadczeń, a tymczasem wyrzuca z siebie całą litanię bluźnierstw, opatrując ją serią idiotycznych argumentów w obronie ateizmu i niemoralnego życia, a wreszcie przytacza ze swoich najdrastyczniejszych erotycznych utworów słowa, w których wyobraża siebie, jak rzuca Najświętszą Maryję Dziewicę do stóp Afrodyty, „bogini” seksu. Straszny, niepokojący czyn! Przyjaciele żegnają się. Zostawszy sam, Retté zaczyna pisać artykuł przeciw Kościołowi dla pewnego dziennika, znanego z zajadłego antyklerykalizmu. Nadchodzi wreszcie wieczór i Retté kładzie się do łóżka z zamętem w sercu. Nie może zasnąć. Przemęczywszy się parę godzin, wstaje i idzie boso do swego gabinetu, bierze obrzydliwy artykuł, który napisał i drze go na kawałki, które wrzuca do kosza na śmieci. “Nagle poczułem wielkie uspokojenie i radość, która wypełniła me serce. Zasnąłem spokojnym snem. Baranku Boży – komentuje – zmiłowałeś się nade mną i czuwałeś u mojego wezgłowia!”. Nastąpił okres długiej wewnętrznej weryfikacji, gorącego szukania prawdy, prób wyjaśnienia podstawowych życiowych pytań. Pewnego dnia, podczas zwykłego codziennego spaceru po lesie Fontainebleau, w duszy Adolfa Retté odsłoniła się zasłona chmur i zdołał ujrzeć drogę prawdy. Oto jak to opisuje: “Od kiedy ludzie zaczęli stawiać sobie pytanie, „po co żyjemy na tym świecie”, setki religii i tyleż samo filozofii usiłowało dać na nie odpowiedź. Jednak odpowiedzi te wciąż ulegały zmianom, dostosowując się do otoczenia, okoliczności, mody, a przede wszystkim do kaprysów ludzkiego umysłu. Filozofowie i uczeni starali się wytłumaczyć wszechświat, ale nie osiągnęli niczego stałego: hipotezę jeszcze wczoraj uznawaną za prawdę, dzisiaj zastępuje inna, którą jutro wyprze kolejne przypuszczenie. Pośród tej nieustannej zmienności jedynie Kościół katolicki pozostaje niezmienny. Jego dogmaty położono w czasie, gdy go zakładano, zaś treść ich wszystkich wywodzi się z Ewangelii. Tego wszystkiego nie można wytłumaczyć po ludzku: ta trwałość, ta spójność musi mieć przyczynę nie ludzką, ponieważ pozostawiona samej sobie ludzkość potrafi jedynie ulegać zmiennościom. Tak więc w ciemnościach jarzy się jedna pochodnia: Kościół katolicki! A ponieważ Kościół katolicki twierdzi, że powstał z objawienia Bożego, wobec tego Bóg istnieje”.

Zaledwie Retté wypowiedział te słowa, odczuł pokój, wyzwolenie, uspokojenie ducha. W takiej chwili powinien był pobiec do jakiegoś kapłana i otworzyć przed nim duszę, ale bał się, wstydził, lękał konfrontacji z prawdą... i odłożył to na później. Pycha to zawsze najgorszy doradca człowieka – oddala od Boga i od braci! W tym samym czasie, w marcu 1906 roku, wyjechał spod Fontainebleau i udał się do Paryża, unosząc ze sobą wszystkie swe problemy. Znów zaczął odwiedzać rozliczne modne salony stolicy, błyszcząc tam i pozostając w centrum powszechnej uwagi. Jednak zaraz potem ogarniało go głębokie niezadowolenie i czuł się tak pusty i tak smutny, że jedynym wyjściem wydawała mu się myśl o samobójstwie. Ta straszna myśl oplatała go swymi mackami wiele razy, popychając aż na skraj otchłani rozpaczy. Był bardzo bliski popełnienia szaleńczego czynu! Zarazem wezwał do siebie do Paryża kobietę o czarnych oczach (tak ją nazwał w swoich zapiskach) i wiedli życie pełne kłótni, które kończyły się nieodwołalnie obrzydliwym rozpasaniem seksualnym. Tak o tym pisze: “Ileż ponurych godzin spędzałem wtedy krążąc po Paryżu i przeżywając udręki oraz niepewności! Wszystko mnie nudziło: obrazy w Luwrze, gdzie chroniłem się od czasu do czasu, lektura gazet, rozmowy z kolegami, a nawet poezja. Zaczynałem kreślić kilka strof, lecz nie kończyłem ich, darłem kartki papieru i zastanawiałem się: „Czemu to służy?”. Nie mogłem myśleć o niczym, tylko o Bogu”.

Wreszcie pewnego popołudnia Retté postanowił wstąpić do katedry Notre-Dame. Kościół był prawie pusty, tylko kilka kobiet modliło się przed figurą Matki Boskiej stojącej na prawo od chóru – gdy się patrzy na główny ołtarz. Zawołał: “Chciałbym i ja zrobić to co one!”, lecz nagle jakaś tajemnicza siła wypchnęła go na zewnątrz. Zdołał się jakoś zatrzymać w progu świątyni, odwrócił się i pochylając się w stronę ołtarza rzekł: “Boże mój, zlituj się nade mną! Chociaż jestem nikczemnym grzesznikiem, przyjdź mi z pomocą”. Ta modlitwa bardzo przypomina modlitwę, jaką Jezus włożył w usta celnika modlącego się w świątyni: odsłania ona wielkie udręczenie serca zwróconego do Pana. Retté postanawia wyjechać z Paryża (jest wrzesień 1906 r.) i zamieszkuje w okolicach Narbonne. Tam toczy zażartą walkę pomiędzy grzesznikiem, który nie chce umrzeć, a wierzącym, który nie może się narodzić. Pewnego razu, podczas zwiedzania małego sanktuarium w Cornebiche koło Narbonne, Retté spojrzał na obraz Matki Bożej i zaczął Ją tak prosić: “Coś mi kazało przyjść do Ciebie i oto jestem. Ty, której dotąd nigdy nie przyzywałem; Ty, do której wierzący wznoszą oczy w zmartwieniach, poproś swego Syna, by mi wskazał, co mam zrobić”. Następnie usiadł na skale, ujął w dłonie głowę i powtórzył: “Co mam zrobić? Co mam zrobić?”. I wtedy usłyszał w sercu łagodny głos: “Poszukaj kapłana. Uwolnij się od ciężaru, który cię przygniata i wejdź bez lęku do Kościoła katolickiego”. W tym miejscu swego porywającego dziennika Retté podaje objaśnienie dotyczące głosów, o których często wspomina w opowieści o swym nawróceniu. Wyjaśnia, że chodzi o głosy wewnętrzne, które wyrażają walkę dokonującą się w duszy, gdy następuje prawdziwe nawrócenie. Jest to walka między duchem nieczystym (o którym mówi Jezus w Ewangelii św. Mateusza 12,43-45) a Bogiem, który kołacze do drzwi ludzkiej wolności (jak czytamy w Apokalipsie 3,20), by skłonić ją do otwarcia się na wyzwalającą moc wybaczenia Ojca.

Objaśniwszy to Retté opisuje ostateczny, decydujący krok do zdobycia zbawienia. W uczynieniu tego kroku przeszkadzał jednak jeszcze nieczysty związek z ”kobietą o czarnych oczach”. W tym czasie ona spostrzegła, że dzieje się coś dziwnego z mężczyzną, nad którym przez całe lata panowała za pomocą swoich uwodzicielskich sztuczek. Walczyła, by go odzyskać, i w końcu, gdy przekonała się, że utraciła już swoją dawną uwodzicielską moc, pierwsza postanowiła ostatecznie się z nim rozstać. Adolf Retté opowiada o tym ze zdumieniem osoby, która wie, że był to dar od Boga, działanie łaski, więzy przecięte z wysoka. Natychmiast wraca do Paryża i z polecenia Franciszka Coppée (znanego poety i pisarza oraz żarliwego katolika) udaje się do pobożnego i wykształconego księdza, wikariusza Saint Sulpice. Zanim wejdzie, waha się, powraca lęk i ponownie oblewa go wstyd, chciałby uciec... ale puka do drzwi i słyszy jakiś życzliwy głos, który zaprasza go do środka. Wita go kapłan staruszek, którego oczy lśnią jasnym blaskiem, a twarz opromienia miły uśmiech. Retté zaczyna dialog przerywany płaczem, milczeniem, szlochem: kapłan słucha, zachęca, mówi o święcie przebaczenia, o radości Boga z powodu powrotu zaginionego syna. I ukazuje nowe horyzonty światła i nadziei. W pewnej chwili kapłan mówi do Adolfa Retté, jakby już wszystko zostało rozliczone: “A teraz uczyńmy piękny znak krzyża!”. Retté spuszcza głowę i szepce: “Ojcze, jeszcze nigdy się nie przeżegnałem. Nie wiem, jak to się robi!”.

Kapłan uczy go, powtarzając wielokrotnie znak krzyża, a następnie... odsyła go do domu, żeby porządnie wyspał się: “Widać, że jest pan zmęczony po tylu bezsennych nocach. Spotkamy się jutro, o tej samej porze”. Retté powraca do domu, czując, że spadł mu z duszy ciężar i zanim zaśnie, woła: “Matko mojego Boga, powierzam się cały w Twe ręce i oddaję Ci moją duszę. Racz ukazać ją swemu Synowi”. Powtarza znak krzyża i zapada w spokojny sen, jakiego od tak dawna już nie zaznał. Kiedy przychodzi Bóg, przychodzi pokój. Od tej chwili jego życie staje się hymnem radości. Zaś po przyjęciu Pierwszej Komunii św. woła: “Dlaczego czas nie może się zatrzymać w tej uroczystej godzinie spokoju i niewinności? Dzień następujący po Komunii św. przeżyłem jakby w świetlistym śnie. Wszystkie moje myśli wznosiły się do Boga; wydawało mi się, że każda rzecz przybrała odświętny wygląd. Patrzyłem na świat dosłownie nowymi oczami”.

Podobnie zawołał Gilbert K. Chesterton w 1922 roku, kiedy przeżył nawrócenie i przyjął Komunię św.: “Gdy klęknąłem przed kapłanem i wyznałem swe grzechy, świat odwrócił się przede mną i... stał się prosty”. Takich prawdziwych cudów dokonuje nieustannie Chrystus, kiedy serce otwiera Mu pokornie drzwi wolności. Gdy kiedyś, patrząc z nieba, ujrzymy ślady stóp Chrystusa na nieprzeliczonych drogach świata, zdumieni zapytamy Go: “Jak to?! Przechodziłeś, Panie, tyle razy koło mnie, a ja tego nie zauważyłem. Jak to?! Zachodziłeś do tego pokoju, i do tego domu, od którego ja trzymałem się z dala, by uniknąć złego wpływu niemoralności i obrzydliwej grzeszności. Jak to?! Ja unikałem tylu dróg, a Ty – przeciwnie – wszystkie je przemierzyłeś. Dlaczego?”. A Jezus nam odpowie: “Wszędzie, gdziekolwiek była choćby jedna owca brakująca w rachunku mej Miłości, musiałem pójść, nie mogłem się oprzeć: bo Ja nie mogę zamykać drzwi serca. Wy możecie je zamykać, lecz Ja... nie!”.

Gilbert Keith Chesterton

Urodził się w 1874 roku. Życie prywatne Chestertona nie było zbyt ciekawe. Nie miał pasjonującego dzieciństwa i przygód młodzieńczych, a również później nie prowadził ekstrawaganckiego życia. Pochodził z zamożnej rodziny agnostyków, krótko kształcił się w kierunku artystycznym i szybko poświęcił się pisarstwu oraz pracy dziennikarskiej. Był człowiekiem dobrotliwym - to słowo w połączeniu z tuszą najlepiej oddaje jego usposobienie. A jednak posiadał przy tym bardzo jasno określone poglądy, których się nie wstydził, i odważnie o nich świadczył. Był człowiekiem bardzo znanym w Anglii - gazety, w których publikował swoje eseje, podwajały nakład, fragmenty jego poematów cytowano z pamięci. Chesterton prawie zawsze mówił o sobie, że jest dziennikarzem, ale należy wspomnieć również o innych przejawach jego twórczości. Przez długi czas Anglia widziała w nim tylko poetę. Pisał wierszyki lekkie i zabawne oraz długie poematy epickie na wzór średniowiecznych. Był również autorem serii detektywistycznej o księdzu Brownie. Napisał siedem powieści. Nie rozbudowywał psychologicznie postaci, były mu potrzebne tylko po to, by ustami bohatera wypowiedzieć swoje poglądy. W istocie, opowiadania i powieści były narzędziem, alegorią, zamaskowanym esejem polemicznym. Dlatego pewnie najlepiej czuł się w roli dziennikarza: mógł polemizować otwarcie. Jego twórczość eseistyczna jest przeogromna. W okresie międzywojennym w Europie niewiele myślano o islamie, jednak Chesterton w niewielkiej powieści „Latająca Gospoda” opisał, jak to muzułmanie podbili starą dobrą Anglię za pośrednictwem angielskich polityków. Nie krytykował ludzi, obawiał się jednak cywilizacji. Zauważał trafnie, że islam ma wyrazisty aspekt niszczycielski i może stanowić zagrożenie dla chrześcijańskiej cywilizacji.

Teraz jego uwagi nie brzmią tak bezsensownie. Nie unikał także wypowiedzi na temat buddyzmu, szczególnie irytował go pseudobuddyzm wyznawany przez Europejczyków. Ironicznie notował: „Żyjemy w czasach, kiedy od chrześcijan oczekuje się, by wychwalali każdą religię z wyjątkiem swojej własnej, a już zwłaszcza, by lamentowali, że chrześcijaństwo nie jest chrześcijańskie, gdyż nie jest buddyjskie”. Brzmi to niezwykle aktualnie. Nie koniec na tym. Chestertona można by z łatwością nazwać antyglobalistą: nienawidził z całego serca centralizacji własności. Jego zdaniem współczesny mu kapitalizm nie różnił się zbytnio od socjalizmu: w obu przypadkach ludzie stają się najemnymi pracownikami. Twierdził wręcz, że praca w fabryce jest niechrześcijańska: człowiek staje się trybem w maszynie, przedmiotem. „Ci ludzie są używani jak narzędzia. Są kupowani i sprzedawani dokładnie tak samo jak produkty, które wytwarzają”. W 1891 roku papież Leon XIII ogłosił encyklikę „De Rerum Novarum”, w której określił, że jedyny system ekonomiczny sprzyjający człowiekowi to drobna własność. Ta koncepcja była bardzo rozpowszechniona wśród angielskich katolików, wyznawał ją również Chesterton. Chestertona nie interesowało anonimowe społeczeństwo, interesował go zwykły człowiek, czego konsekwencją była wiara w demokrację, która jego zdaniem ma korzenie chrześcijańskie. Gorąco bronił instytucji małżeństwa i rodziny, postrzegając je wręcz w kategoriach ruchu oporu. Zdarzali się tacy, którzy wytykali Chestertonowi bojowość typową dla średniowiecznego krzyżowca, a nie nowoczesnego wyznawcy chrześcijaństwa. W gruncie rzeczy on sam pewnie się z tym zgadzał: lubił średniowiecze i rycerskość, nie przepadał za nowoczesnością i postępem. W postępie widział przyczynę zmian w ludzkich obyczajach i sposobie myślenia. Owszem, można nawet powiedzieć, że był wrogiem tzw. ruchów postępowych: „świecki humanizm okazał się znakiem nieludzkich czasów. A przez nieludzkość rozumiem nie tylko okrucieństwo, lecz taki stan, w którym nawet okrucieństwo zatraca cechy ludzkie, pisał w 1933 roku.

W 1905 roku wydal dzieło w całości poświęcone krytyce postępowych wierzeń pt. „Heretycy”. „Słowo herezja nie oznacza już błędu. Gorzej - w potocznym rozumieniu oznacza odwagę i jasność myśli. Słowo ortodoksja nie oznacza już racji. Gorzej - w potocznym rozumieniu oznacza błąd”, pisał we wstępie do książki sto lat temu. Polemizował z nowoczesnymi prądami umysłowymi, obyczajami, modami, krytykował wyznawców scjentyzmu, mimo że były wśród nich znane i szanowane osobistości. Nie był przy tym przeciwnikiem nauki - uważał ją za wielkie osiągnięcie chrześcijaństwa. Jednocześnie przez całą książkę ciągnie się wątek logicznie argumentujący wyższość cnót i wartości chrześcijańskich. Trzy lata później napisał „Ortodoksję”, uznaną za kamień milowy w rozwoju myśli chrześcijańskiej. We wstępie do książki czytamy: „Próbowałem stworzyć własną herezję, a kiedy robota była skończona, okazało się, że wynalazłem ortodoksję”. Nazywał ją duchową autobiografią, opisującą jego drogę do przekonania, że wszystkie trendy myśli współczesnej nie tylko nie zaspokajają duchowych potrzeb człowieka, ale są wręcz szkodliwe. Dowcipnie i logicznie zanalizował panujące frazesy na temat wiary chrześcijańskiej, po kolei je kompromitując. Co ciekawe, mimo iż Chesterton był wciąż protestantem, to angielscy katolicy uznali „Ortodoksję” za własny manifest wiary. On sam przyjął katolicyzm 30 czerwca 1922 roku, ale powtarzał, że co najmniej od dwudziestu lat wierzył w katolickie dogmaty. W książce „Kościół katolicki i nawrócenie” opisywał powody, które doprowadziły go do katolicyzmu: pociągała go zwłaszcza tradycja.

W jednym z esejów pisał wprost: „Nie chcemy Kościoła, który, jak to piszą gazety, zmienia się wraz ze światem. Chcemy Kościoła, który zmieni świat. Chcemy Kościoła, który pchnie świat na nowe tory, dalej od tego, ku czemu świat dziś zmierza, na przykład od państwa niewolniczego. I w oparciu o ten właśnie sprawdzian historia oceni wszystkie kościoły i osądzi, który z nich był Kościołem prawdziwym”. Chesterton nie miał żadnych wątpliwości, wierzył, że to właśnie Kościół katolicki jest jedyną drogą do Prawdy. Nikt go nie musiał do tego przekonywać, wystarczyły lata własnych przemyśleń. Chesterton, agnostyk i panteista, powoli odkrywał, że współczesne światopoglądy nie zaspokajają jego duchowych potrzeb, a wręcz wiodą na intelektualne manowce. W 1925 roku wydał kolejne wielkie dzieło apologetyczne „Wiekuisty Człowiek”, które nigdy nie zdobyło tylu czytelników co „Heretycy” i „Ortodoksja”, ponieważ jest książką znacznie trudniejszą. Wiekuisty Człowiek” to chrześcijańska historia dziejów od czasów jaskiniowych po współczesność. Tytułowy Wiekuisty Człowiek to Jezus Chrystus, którego pojawienie się nadało sens całej historii... Umarł w 1936 roku. Po jego śmierci papież Pius XI nazwał go obrońcą wiary katolickiej - defensor fidei.


www.Objawienia.com
Darmowe DVD, Artykuły i Książki
FREE DVDs & VIDEOS
WATCH & DOWNLOAD ALL OUR DVDs & VIDEOS FOR FREE!